Ogłoszenia

Tagged #Scarlet tak samo jak Tagged #Monsters, które znajduje się w menu, czerpie z uniwersum mangi Gangsta. (Które de facto bardzo polecam) Scarlet opowiada o Tris, jednej z bohaterek Tagged #Monsters i o jej przeszłości.

Daty publikacji rozdziałów:
12 i 27 dzień każdego miesiąca.

środa, 12 kwietnia 2017

Cz 2. Doctor #Lost



There‘s a thorn in my heart and it‘s killing me

             Uciekała ile sił w nogach, biegnąc przez ciemny, gęsty las. Nie wiedziała nawet, przed czym. Coś jej zagrażało? Coś ją ścigało? Naprawdę nie miała pojęcia, ale była przerażona. Las ciągnął się w nieskończoność i znikąd pomocy.
             A gdy wreszcie cudem udało jej się stamtąd wydostać, zamarła. Obok niej stał Loki, a naprzeciw Beretta szykowała się do ataku. Tris nie zdążyła nawet krzyknąć, kiedy było już po wszystkim. Przytrzymała Lokiego, żeby nie upadł, a jej oczy zalały się łzami. Znowu… Znowu pozwoliła mu odejść.
             – Nie… Nie, nie! Proszę... Nie. Loki! – krzyczała i nagle zerwała się z łóżka. Była zlana potem, a oczy miała mokre od płaczu.
             – Tris? – usłyszała przy łóżku głos Niny. – Wszystko w porządku?
             – Tak – odparła pospiesznie, ale głos jej się załamał. Drżącą ręką przetarła twarz i wzięła kilka głębszych oddechów. Poczuła na ramieniu drobniutką dłoń dziewczynki i westchnęła. – Nic mi nie jest. Wracaj spać.
             – Miałaś koszmary?
             – Tak. Ale już po wszystkim.
             – To po Celebrerze? – zapytała Nina. – To dlatego nie chcesz go brać?
             – Wracaj spać – rozkazała Tris, marszcząc brwi. – I nie mów nic Theo.
             – Nie powinnaś być sama w takiej chwili – upierała się Nina i Tris przez chwilę miała ochotę miała ochotę zacisnął palce na chudziutkiej szyi szatynki.
             Oczami wyobraźni widziała już, jak wyciąga ręce i w mgnieniu oka skręca delikatny kark. Nie ma krzyków, niczego. Wszystko dzieje się zbyt szybko. Ciało bezgłośnie osuwa się na ziemie. Musi jeszcze tylko ukryć zwłoki, żeby Theo się nie dowiedział. Łatwizna.
             Sama nie wiedziała, dlaczego tego nie zrobiła. Miałaby problem z głowy raz na zawsze. A jednak wolała nie ryzykować. Theo… Wściekłby się. Był przywiązany do Niny, pewnie bardziej, niż do własnej siostry. Poza tym Nina była też dość blisko z jednym z tym Zmrokiem, Brownem. A z ragą A/0 lepiej było nie zadzierać.

I wish I could go back and do it all differently

             – Daj mi spokój – warknęła Tris, aż Nina cofnęła się nieco wystraszona, gdy za oknem rozległ się potężny grzmot z błyskawicami. – Zmykaj stąd. Natychmiast – wycedziła przez zęby.
             Szybko zrobiło jej się głupio. To nie była wina Niny. Te koszmary… Taką cenę płaciła za swoją siłę. Wszystkie najgorsze wspomnienia wracały do niej w nocy. Wszystkie lęki, obawy i ta przeszywająca na wskroś samotność. Gdy tylko zasypiała, czuła się jakby trafiała do najgłębszych czeluści piekła. A najgorsze było to, że z własnej głowy nie potrafiła uciec.
             Uciekała, więc od Celebrera. Odstawiała go, kiedy mogła. Czasami na całe tygodnie, żeby tylko nie śnić. Nie o takich rzeczach. Wolała ból fizyczny. Nawet wtedy, gdy bolała ją każda komórka ciała, a ono zdawało się płonąć, nawet wtedy czuła się lepiej, niż podczas snu.
             Przez chwilę miała nawet ten głupi pomysł, żeby przeprosić Ninę i wszystko jej wyjaśnić. Ale szybko zmieniła zdanie. Lepiej było trzymać ją na dystans. Jak wszystkich. Bo po co przywiązywać się do kogoś, kto i tak kiedyś odejdzie.

cause now there‘s a hole in my soul where you used to be

             Theo nie mógł spać z powodu tej burzy. Zaczęła się nagle i rozszalała na dobre nad samym centrum miasta. Wcześniej słyszał, że ktoś spaceruje po klinice, ale sądząc po krokach to tylko Nina. Teraz nie słyszał kroków, ale bez wątpienia słyszał w rogu jakiś szmer. Co prawda w ciemnym rogu sypialni nie dostrzegał nic niepokojącego, to jednak nie mógł pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, że ktoś go obserwuje.
             Ziewnął przeciągle, wpatrując się w mrok i miał wrażenie, że mrok odwzajemnia jego spojrzenie, co było z lekka upiorne. Przewrócił się na drugi bok, ale nie wytrzymał tak za długo i powrócił do pierwotnej pozycji. Poprawił przy okazji poduszkę i podniósł się, opierając na łokciach. Rozległ się kolejny grzmot i błysk piorunu przeszywającego niebo rozjaśnił pokój, niemal jak za dnia.
             – Łaaa! – krzyknął Theo, gdy dojrzał w rogu pokoju jakąś postać i zerwał się na równe nogi, by zapalić światło. – Tris, do cholery! Chcesz, żebym zawału dostał?
             – Nie mogłam spać – stwierdziła beznamiętnie.
             – I dlatego straszysz mnie jak jakiś upiór?! Myślałem, że ktoś mnie przyszedł zamordować we śnie – pieklił się Theo.
             – Przyszłam tylko zobaczyć, czy śpisz…
             – To trzeba było się odezwać.
             – Śpij, już ci nie przeszkadzam – powiedziała Szkarłatna, kierując się do drzwi.
             – Nie. Też nie mogłem spać...
             – Śpij. Tutaj nic ci nie grozi – oznajmiła Tris i wyszła, a Theo westchnął, opadając ciężko na poduszkę. – Burza minie…

There‘s a hole in my heart – in my life – in my way

             – Tris zniknęła! – krzyknęła Nina, wpadając do pokoju Theo. – Nie ma jej.
             – Co? Jak to nie ma? Rozmawiałem z nią niecałą godzinę temu.
             – Nie ma jej. Zniknęła.
             – Może poszła się przejść albo znów siedzi na dachu – mruknął Theo. – Mówiła, że nie może spać.
            – Nie ma jej – upierała się Nina. – Za to przed chwilą widziałam się z Nico. Podobno w mieście była jakaś rozróba. Cała grupka Zmroków, prawdopodobnie z innego miasta. Zaczęli się awanturować i zaczepiać ludzi. Co jeśli coś jej się stało?
             – Co? Gdzie są teraz.
             – Kiedy Nico ich znalazł, byli już martwi...
             – Zostań tu. Zamknij szczelnie drzwi i okna. I nie wpuszczaj nikogo. Nawet Tris, rozumiesz? – zarządził Theo i zaczął się pospiesznie ubierać. – Muszę coś sprawdzić.
             – Nie mam wpuszczać Tris?
             – Ona jest Zmrokiem, nie zauważyłaś, że bierze Celebrer? – jęknął Theo. – To ona zabiła tych gości. W nocy była tu, gapiła się na mnie, stojąc w ciemnym rogu pokoju. Muszę mieć pewność, że nic ci nie zrobi, Nino.
             – Nie… Nie wierzę, żeby była do tego zdolna. Jest trochę straszna czasami, ale...
             – Nino.
             – Dobrze…
             Theo ubrał się pospiesznie i zostawiwszy klinikę pod opieką dziewczynki, wybiegł z budynku. Gnał przed siebie, zupełnie nie wiedząc, gdzie szukać, ale czuł, że tym razem nie wybrała się na zwykły spacer. Odeszła. Ta durna blondyna wtargnęła nagle do jego życia i tak samo nagle postanowiła zniknąć. O nie. Drugi raz na to nie pozwoli.
             – Tris! – krzyknął Theo. – Tris!
            Nikt nie odpowiedział. Zamiast tego w kilku oknach zapaliły się światła, więc zrezygnował z zakłócania ciszy nocnej. I tak naiwnym było wierzyć, że ta bezmyślna dziewucha mu odpowie. Po prostu biegł dalej, chociaż nie trwało to długo, nim dostał zadyszki. Przecież był do cholery lekarzem, a nie sprinterem czy Zmrokiem.
             – Co się stało? – strapił się Worric na widok zziajanego doktora.
             – Widziałeś…– sapnął Theo, ale nie skończył.
             – Trupy? No. Masakra. Ktoś ich po prostu poćwiartował.
             – Broń?
             – Chyba jaktasak. Na pewno coś dużego – stwierdził Worric. – Trochę, jakby sprawka łowców.
             – Czyli nie sztylety – odetchnął z ulgą Theo.
             – Nie, a co? Dlaczego właściwie biegasz po nocy, doktorku?
             – Tris zniknęła.
             – Zniknęła?
             – No zniknęła. Normalnie. Nie ma jej. Dziwnie się zachowywała, a potem zniknęła.

and it‘s filled with regret and all I did, to push you away

            Wiedziała, że nastraszyła Ninę, a na dodatek, później także Theo. Po tych koszmarach chciała tylko zobaczyć, że jest żywy. Cały i zdrowy. Musiała się upewnić, że nikomu nic się nie stało, tylko dlatego, że na chwilę straciła czujność. A że nie mogła spać, dręczona koszmarami i złym przeczuciem, wyszła na zewnątrz. Potrzebowała się przejść i ochłonąć.
             Nie sądziła, że natknie się na Zmroków. I chociaż samo to nie było dziwne, ale ona ich znała. Kojarzyła ten zapach. To oni ostali się spośród jej dręczycieli z Północnej Bramy. Nie wszystkich ich zdążyła zabić. Dwóch jej wtedy zwiało. Teraz byli jeszcze więksi, niż ich zapamiętała i szli z całą grupą, przemierzając ulice Ergastulum.
             Próbowała się powstrzymać. Naprawdę z całej siły. Dostali już nauczkę. Tris nie chciała sprawiać bratu więcej kłopotów, więc obrała inną ścieżkę. Jednak gdy usłyszała kobiecy głos, proszący o pomoc, zawróciła. Tamci zaczepiali młodą kobietę. Szkarłatna kojarzyła ją z kliniki, gdy przychodziła po Celebrer. Miała zaledwie rangę D/4, nie miała szans przeciwko grupie wielkoludów.
            Tris również miała wrażenie, że mogliby ją zdeptać, gdyby chcieli, ale w przeciwieństwie do nich była silna. Nie potrzebowała być duża, ani wysoka. W końcu była Szkarłatna. Nie musiała się obawiać. To jej się obawiano.
             Wyszła im na przeciw, marszcząc groźnie brwi. W pierwszej chwili nawet nie zauważyli, że ktoś się zbliża. Byli wyraźnie wstawieni i rzucali chamskie komentarze, próbując dobrać się do tamtej Zaćmionej.
             Tymczasem Tris szła powoli. Wiedziała, że w końcu ją zauważą. Na widok damskiej sylwetki ich paskudne gęby rozjaśnił uśmiech, ale nie było w nim nic dobrego. Szkarłatna naprawdę się nie śpieszyła. I tak stracili już zainteresowanie tamtą Zaćmioną i zdążyła już uciec. Teraz zmierzali w stronę Tris.
             Wyszczerzyła zęby w ostrzegawczym grymasie, ale wciąż panowała nad swoim instynktem. Żądzy krwi dała upust dopiero, stojąc z nimi twarzą w twarz. Pobledli, a dla niej to było niczym zachęta. Wyciągnęła z rękawów sztylety, mówiąc:
             – No hej.
             – A ty kto? – jeden z nich zgrywał ważniaka.
             – Tris… Szkarłatna Tris – odparła i zaległa cisza.
             – Nie znam – burknął tamten, ale widziała, że jeden z nich próbuje się wycofać. Pamiętał ją. – I że niby co? Przyszłaś nam obciągnąć?
             – No – zaśmiała się. – Skórę z czaszki. To się nazywa skalp.
             – Na kolana – zgrywał się mężczyzna.
             – Jak sobie życzysz – powiedziała Tris i mężczyzna upadł, krzycząc wniebogłosy.
             – Moja noga!
             – Och, zamknij się. Jesteś odrażający – syknęła Tris i chwilę później stała już sama w kałuży krwi. A Ergastulum znów ucichło. – Nic tu po mnie – westchnęła. – To miasto nie jest dla mnie…

If there‘s still a place in your life – in you heart – for me

            Drzwi się otworzyły i do baru wszedł białowłosy mężczyzna o karminowych tęczówkach. Zmierzył wzrokiem obecną tam garstkę ludzi i podszedł do dziewczyny, siedzącej przy barze z kuflem piwa. Zmarszczył brwi i otaksował ją wzrokiem, po czym zapytał:
             – Co tutaj robisz?
             – Cześć, Al.
             – Co tu robisz? – powtórzył.
             – Napić się piwa nie można?
             – Już mówiłem, że lepiej, żebyś się tu nie pokazywała – stwierdził chłodno. – On cię zabije.
             – Nie mam nic przeciwko. I niech spróbuje, jeśli chce.
             – Wiem, że jesteś silna, ale nie przeginaj. On cię rozszarpie.
             – Al, od kiedy jesteś mu taki posłuszny? – zapytała z powagą Tris.
             – Nie jestem mu posłuszny. Po prostu uważam, że trochę cię szkoda.
             – Ale tylko trochę – zauważyła Szkarłatna. – Nie martw się.
             – Nie martwię.
             – I dobrze. Takie zachowanie do ciebie nie pasuje – oznajmiła, uśmiechając się zadziornie. – Wolałam cię jako obojętnego na świat sukinsyna.
             – Nadal nim jestem. Ale ty to nie świat. Jesteś nikim w tym świecie.
             – Wiem. Właśnie dlatego tu jestem – zaśmiała się Tris. – Ponieważ jestem nikim. Nie nadaję się na lekarkę.
            – Zatęskniłaś za nami? Za adrenaliną… Za grą? – zaciekawił się Al.
            – Chyba tak. Chyba tu jest moje miejsce.
            – Daj spokój. W to nie uwierzę.
            – Mówię poważnie – wyznała Tris.
            – Próbowałaś być lekarką? – zdziwił się Al.
            – Wiesz, że zawsze mnie to interesowało. Mój późniejszy pracodawca namierzył mojego brata, jest lekarzem. Mieszkałam u niego jakiś czas, ale nie potrafię żyć bez walki.
            – I wróciłaś tutaj – podsumował, uśmiechając się kpiąco.
            – Dokładnie.
            – TRIS! – rozległo się w drzwiach i wszyscy w barze ucichli. Tylko sama zainteresowana na zainteresowaną tym faktem nie wyglądała. Wciąż tłumaczyła coś radośnie białowłosemu członkowi dawnych Demonsów. – Tris – zagrzmiał czerwonowłosy, wysoki mężczyzna, stając tuż przed nią i nawet Al odsunął się trochę. Dopiero teraz blondynka przeniosła wzrok na nowo-przybyłego i uśmiechnęła się niewinnie. – Co ty tu, do chuja, robisz? – zapytał, uderzywszy pięścią w stół.
             – Kolejny, który nie widzi, że piję piwo – westchnęła Szkarłatna, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Nie cieszysz się na mój widok? Bel...
             – Jak śmiesz – syknął. – Się tu w ogóle pokazywać?
             – Całkiem normalnie. Nic trudnego – mruknęła Tris i spoważniała dopiero, gdy Bel chwycił ją za kołnierz, ciągnąc ku górze. – Wróciłam. Chcę znów być częścią Demons, ale jeśli tak bardzo szukasz zwady, w porządku – powiedziała i nie czekając na odpowiedź, podciągnęła się na łapie czerwonowłosego i zrobiła salto w powietrzu, wykręcając się z uścisku.

niedziela, 12 marca 2017

Cz 2. Doctor #Twilight



cause now there‘s a hole in my soul where you used to be

             Nie chciała wracać do domu. Zacznijmy od tego, że nie uznawała kliniki za dom. Wciąż nie potrafiła poczuć się tam jak u siebie. To miejsce było tymczasowym schronieniem, a nie ostoją spokoju. Nie potrafiła się przekonać do tego miejsca, tego miasta.
             Po wykonanym dla Monroe zadaniu, udała się do baru. Siedziała w Bastardzie, obserwując bawiących się Zmroków i solidarności z nimi też nie potrafiła poczuć. Ani sympatii, ani współczucia. Oni też wiele już w życiu stracili.
             – A ostatnio kupił mi srebrny wisiorek – powiedziała do przyjaciółki siedząca nieopodal kobieta.
             – Tak jakby nieśmiertelniki nie wystarczały – prychnęła pod nosem Tris, przysłuchując się rozmowie.
             – Ech, to fajnie – odpowiedziała inna. – Ja dostałam ostatnio tylko kwiaty.
             – Kolejny badziew – stwierdziła Tris, ale oczywiście kobiety nie mogły usłyszeć jej złowieszczego mamrotania. – Puste baby.
             – No, ale lepiej kwiaty. Bo Kari na przykład nic nie dostała, a jak zwróciła swojemu uwagę, to ją uderzył. Rozumiesz coś takiego? Mówiłam, żeby go zostawiła, ale nie chciała tego słuchać.
            - No, mówiłam, że głupia – westchnęła Tris, wywracając oczami. – Dzisiejsze kobiety są takie naiwne… Trzeba było mu oddać – dodała i wyszła z budynku, nie mogąc zdzierżyć gwaru, pijackiego śpiewu i plotek.

A fire inside but my blood’s turning cold

             Noc. Ciemna, wąska alejka i pijacki śmiech. To nie mogło skończyć się dobrze, gdy samotny Zmrokspaceruje po mieście. Drobna sylwetka zachwiała się, a blond włosy zawirowały, gdy w powietrzu przeleciała szklana butelka i rozbiła się z łoskotem o ścianę.
             Błękitne spojrzenie zmierzyło grupkę podchmielonych Normalsów, a usta wykrzywiły się w szaleńczym uśmiechu. W drugiej sekundzie noże zabarwione były już czerwienią i zapanowała złowroga cisza.
             – Muszę się ogarnąć – powiedziała Tris, spoglądając w niebo. – Nie byłbyś zadowolony, widząc mnie teraz.
            Czuła szalejący w jej sercu ogień, a z drugiej strony chyba nigdy nie była tak obojętna na cierpienie innych. Odbieranie życia nigdy nie było tak łatwe, każda chwila taka samotna, a każdy oddech taki bolesny.
             Umierała każdego dnia. Powolną śmiercią, odkąd tylko odszedł. Jej ciało wciąż walczyło o życie, chociaż umysł już dawno się poddał. Brakowało jej misji, tej adrenaliny. Lubiła medycynę, ale wiele razy rozważała, czy nie wrócić do Rena i reszty.
             Ale to nie miało sensu. Nic nie byłoby już takie samo. Loki odszedł. Jej też się pozbyli. Chociaż dla jej własnego dobra. Wiedziała, że nie ma tam już, po co wracać. Jeśli miałaby odejść, może znalezienie Ala miałoby sens. Tylko, co potem? Co właściwie miała ze sobą zrobić. Wszystko wydawało się takie bezsensu.

I‘m walking alone down this desolate road

            Postanowiła wrócić do domu. Obiecała Theo nie sprawiać kłopotów. A tylko wciąż piła i znikała całymi dniami, szlajając się bez celu. Minęło tyle czasu, a ona wciąż nie zaleczyła ran po utracie kogoś bliskiego. Może powinna się skupić na swoim nowym celu.
             – Może to przyniesie ukojenie? – zapytała z nadzieją i przez chwilę wydawało jej się, że słyszy znajomy głos. Wzywał ją. Przyspieszyła, aż rzuciła się do biegu. – Loki! – krzyknęła, pewna, że zobaczy go tuż za rogiem, ale nie było go tam. – Loki…
             – Tris. Wreszcie wróciłaś – powiedział Theo. – Gdzieś ty była? Spójrz… Jak ty wyglądasz?
             – Przepraszam, byłam na spacerze.
             – A te noże?
             – To do samoobrony.
             – Tak jakbyś nie umiała obronić się bez nich. Pewnie nie ma, co ratować – stwierdził Theo, a Tris skinęła głową, wzrok wbijając w ziemię.
             – Przepraszam. Już będzie dobrze… Już wiem, co muszę zrobić.

Yesterday feels like a life time ago

             – Chyba musimy porozmawiać – orzekł Theo.
             – Przecież rozmawiamy…
             – Chodź – powiedział, obejmując blondynkę ramieniem, choć z początku trochę niepewnie. – Zaparzę herbaty.
             – A co z Niną?
             – Śpi.
             – O czym chcesz porozmawiać?
             – A o co powinienem? – odpowiedział Theo pytaniem na pytanie. – Bo chyba nie powiedziałaś mi wszystkiego, kiedy tu przyszłaś.
             – Powiedziałam – naburmuszyła się Szkarłatna. – O Północnej Bramie, o Demonsach, o Renie i reszcie ekipy…
             – A ten Loki?
             – Tak jak ja pracował dla Rena. Byliśmy tam jedynymi Zmrokami – powiedziała Tris, a jej oczy jakoś niebezpiecznie pociemniały.
             – Zginął, tak?
             – Tak… Zginął, chroniąc mnie przed jednym z Destroyersów… – wyszeptała, z trudem powstrzymując się od łez.
             – Kochałaś go – stwierdził Theo.
             Tris przeniosła wzrok z podłogi na niego i pokiwała przecząco głową, uśmiechając się gorzko. Przez chwilę zastanawiała się nad czymś, marszcząc brwi. Zupełnie jakby szukała odpowiednich słów, aż w końcu odparła:
             – Jestem Zmrokiem. Miłość to dla nas zbyt szlachetne słowo.
             – Głupoty gadasz – prychnął Theo. – Znam wiele Zaćmionych. Są tacy sami jak Normalsi. Zakochują się, cieszą, smucą, a potem zakładają rodziny. Szczęśliwe i pełne miłości.
             – Ci normalniejsi może tak. Ale ja… Ja nie jestem normalna.
             – No, teraz to serio głupoty pierdolisz – zdenerwował się mężczyzna. – Niby skąd wiesz, że nie jesteś normalna.
             – Bo ja jestem Tris… Szkarłatna Tris – przypomniała, uśmiechając się, ale był to bardzo smutny rodzaj uśmiechu. – Moje życie splamione jest krwią. Jestem silna… Bardzo silna. Jestem silnym Zmrokiem. Tacy jak ja nie potrafią żyć bez walki, bez zabijania… Sam widziałeś – dodała, spoglądając na przewieszoną przez krzesło bluzę, umazaną krwią. – To silniejsze ode mnie. Nie dam rady zostać lekarką. Jestem Zmrokiem, zawsze będzie mnie ciągnąć tam, gdzie jest walka.
             – Ja uważam, że to wszystko zależy od ciebie – mruknął Theo.
             – Ale ja kocham walkę.
             – To dlaczego by nie powalczyć tym razem o życie? Wtedy będziesz mogła kogoś uratować. Lokiego nie dałaś rady, ale możesz pomóc komuś innego. Oszczędzić cierpienia komuś innemu, zapobiec utracie kolejnych bliskich – zaproponował Theo. – O ile potrzebujesz jakiegoś wzniosłego powodu.
             – A ty, dlaczego jesteś lekarzem.
             – Nie wiem. Po prostu nim jestem. Nie potrzebuję powodu.
             – Myślisz, że będę w stanie? – zapytała z nadzieją Tris.
             – Ehm… Tak. Tak myślę.
             – Teraz to wszystko wydaje się takie dziwne, odległe… Żyję tu i czuje się jakbym nigdy nie była w Północnej Bramie, członkiem Demons i jakbym nigdy nie walczyła u boku Rena i Lokiego. A z drugiej strony coś mnie wzywa… Jakiś wewnętrzny głos każe mi walczyć.
             – No teraz to już chrzanisz od rzeczy. Pewnie majaczysz ze zmęczenia – stwierdził Theo, krzywiąc się. – Powinnaś się wyspać. Zobaczysz, że jutro będzie lepiej. I nie będzie żadnych wewnętrznych głosów. Odpocznij, a gdy rano wstaniesz, wszystko okaże się być tylko złym snem. Teraz jesteś lekarką i moją asystentką. Nie możesz tak znikać.
             – Dobrze…

The memories are fading, my dreams are all changing

             – Tris!
             – Już daję! – odkrzyknęła blondynka i w mgnieniu oka zjawiła się z potrzebnymi przyborami. – Przytrzymam go – powiedziała, przygniatając całym swoim ciężarem, wijącego się z bólu Zmroka.
             – Ok. Dobra robota – powiedział Theo. – Nina, jak idzie ci z zaszywaniem?
             – Tego jest zbyt wiele – jęknęła dziewczynka.
             – Poczekaj, zaraz ci pomogę.
             – Theo, zajmij się tym. Ja jej pomogę – podsunęła Tris.
             – Jesteś pewna?
             – Jestem w tym coraz lepsza – zaśmiała się blondynka i dołączyła do Niny. Przyklęknęła koło jednego z poszkodowanych i obejrzała ranę. – Poczekaj moment. Oczyścimy ranę – powiedziała, a gdy wróciła z potrzebnymi przyborami, dodała: – Będzie trochę szczypać.
             – Oi, oi, nie jestem dzieckiem – przypomniał rozbawiony mężczyzna. – Takie rany to nic.
             – Ale zadbać o siebie trzeba. Nie ruszaj się – mruknęła Szkarłatna. Oczyściła ranę i przygotowała się do jej zaszycia. Podała znieczulenie odmiejscowe i nieco wywinęła na wierzch brzegi rozcięcia. – Jeśli tego nie zrobię, blizna będzie wklęśnięta – wyjaśniła w odpowiedzi na pytające spojrzenie pacjenta. – Odrobina estetyki nie zaszkodzi.
             – Racja. Dziękuję pani doktor.
             – Jeszcze nie... – zaprotestowała Tris, ale uśmiechnęła się. – Nie ma, za co.
             – Łoł… Naprawdę szybko się uczysz – zauważyła z uznaniem Nina. – Jesteś tu o wiele krócej, niż ja, ale radzisz sobie stanowczo lepiej.
             – Uczyłam się tego od dziecka. Przynajmniej teorii. Swego czasu dużo przesiadywałam u naszego medyka. Pokazał mi wiele rzeczy – wyjaśniła Tris. – Teraz uzupełniam braki i nabieram wprawy.
             – Rozumiem.
             – Też dobrze sobie radzisz. Więcej pewności siebie, Nino.
            – Naprawdę, będziesz wspaniałą lekarką – stwierdziła Nina, a Tris pogładziła ją po włosach.
             – Ty też.

I‘ve got a hole in my soul where you used to be

            – Powiedz, Loki – zaczęła Tris, siedząc na dachu kliniki. – Dobrze mi idzie? Jesteś ze mnie dumny? Tak, jak chciałeś. Będę lekarką... Zadowolony? Już nie jestem zabójcą, nie walczę... Będę lekarką... No powiedz coś, draniu – warknęła, nie słysząc odpowiedzi i uśmiechnęła się gorzko. – Oczywiście, że nie odpowiesz. Nie ma cię tutaj. Zostawiłeś mnie. Postanowiłeś sobie od tak odejść. Dupek z ciebie, wiesz? – mruczała pod nosem, obserwując jak niebo zasnuwają ciemne, deszczowe chmury. – Co? Tylko tyle masz do powiedzenia? Ześlesz mi na głowę deszcz, żebym ochłonęła? – I faktycznie lunęło. – Dzięki. Myślę, że tego było mi trzeba – dodała i zaniosła się kaszlem. – Cholera… – Niebo w odpowiedzi rozjaśniła błyskawica. – Ej, ej. Bez nerwów, co? Co z tego, że od kilku dni nie brałam Celebrera? Nic mi nie będzie. Nie chcę znowu koszmarów. – Grzmot. – Och, zamknij się.
             – Tris, na litość boską. Znowu gadasz do dachu? – zdenerwował się Theo, wychodząc przed budynek.
             – Kurwa, do komina! – warknęła Tris. – Daj mi spokój.
             – Sąsiedzi będą gadać, że oszalałaś. Wracaj tu natychmiast.
             – A odwal się – syknęła Tris i znowu zaczęła kaszleć.
             – Ej. Co ci? – strapił się Theo. – Nie mów, że odstawiłaś Celebrer!
             – Niee…. Co ty…
             – Tris! Złaź natychmiast albo ja do ciebie przyjdę.
             – To chodź – prychnęła Tris. – Ja się nigdzie nie ruszam.
             – Masz natychmiast wziąć Celebrer!
             – Nie! Ja nie chcę!
             – To nie była prośba. Natychmiast!
             – Nie. Nie! Nie! Nie ma, kurwa, mowy! – buntowała się Tris. – Nie chce brać tego shitu!
            – To dla twojego dobra.
             – Pierdolę takie dobro.
             – Nie obchodzi mnie, co ty pierdolisz! Złaź tu natychmiast i bierz Celebrer.
             – W dupę go sobie wsadź!
             – Uuuu… – rozległo się. – A to, co za awantura?
             – Worric, masz jakąś sprawę? – zapytał Theo.
             – Nie. Wracam z pracy – odparł blondyn.
             – Wiem! – krzyknął Theo z miną, jakby olśniło go, co do sensu istnienia świata. – Pomożesz mi.
             – Tak?
             – Ściągnij ją stamtąd – powiedział doktor. – Ściągnij tą dziewuchę na ziemię, bo mnie do szału doprowadza!
             – Się robi – mruknął Arcangelo i zaczął się wspinać po rynnie.
             – No chyba cię porypało – nastroszyła się Tris, ale przez chwilę pozwoliła blondynowi myśleć, że ją dogoni. Dopiero, gdy był już blisko, zwinnie przeskoczyła nad jego głową i dotarła na dach kolejnego budynku. – Dziękuję za uwagę panowie.
             – Tris, tak? – odezwał się Arcangelo. – Nie wygłupiaj się. Doktor się martwi. Chodź zejdziemy.
             – N I E. Nie.
            – No daj spokój. To nierozsądne z twojej strony odstawiać Celebrer – ciągnął dalej.
             – Słyszałeś? – Tris zmrużyła oczy i znów podpuściła blondyna, udając, że tym razem da się złapać. W ostatniej chwili mu umknęła i nagle poślizgnęła się. Obaj mężczyźni przekonani byli, że spadnie, ale ona odbiła się od ściany i zrobiła salto w powietrzu, lądując na kolejnym dachu. I tak skakała, wokół Worrica, który robił się coraz bardziej mokry i mokry, a wraz z tym także poirytowany.
             – Dosyć – powiedział stanowczo, gdy wreszcie udało mu się pochwycić kaszlącą akurat blondynkę. – Idziemy – mruknął rozeźlony, ale przytrzymał ją, gdy zwijała się spazmach kaszlu.
             – Łap! – Theo rzucił Worricowi pudełko tabletek. – Niech weźmie dwie.
             – Weź, to dla własnego dobra – stwierdził Arcangelo i wcisnął Szkarłatnej tabletki. Omal się nie zakrztusiła, ale zmuszona była je połknąć. Skrzywiła się i spojrzała na blondyna z wyrzutem. – Nie patrz tak na mnie.
             – Dla mojego dobra nie pozwoliłbyś mi tego brać…
            Worrica aż zmroziło, gdy powiedziała to tak straszliwie poważnie, z grobową miną, jakby za moment miał runąć świat.

Współtwórcy