Ogłoszenia

Tagged #Scarlet tak samo jak Tagged #Monsters, które znajduje się w menu, czerpie z uniwersum mangi Gangsta. (Które de facto bardzo polecam) Scarlet opowiada o Tris, jednej z bohaterek Tagged #Monsters i o jej przeszłości.

Daty publikacji rozdziałów:
12 i 27 dzień każdego miesiąca.

sobota, 24 czerwca 2017

Cz 3. Demon #Demon

             – Może zagrasz ze mną? – usłyszała i spojrzała podejrzliwie na delikwenta.
             Był młody, nawet przystojny, ale zupełnie nie w jej typie. Blond włosy spięte miał w kitkę i błękitne oczy, takie jak jej. Może o ton ciemniejsze. Wyglądał sympatycznie, chociaż coś podpowiadało jej, że nie powinna z nim grać. Na pierwszy rzut oka zdawał się być zwykłym gamoniem, Normalsem, ale ci najbardziej niepozorni, byli często najbardziej niebezpieczni.
             – A kim TY w ogóle jesteś? – zapytała, zbierając swoje żetony i ruszyła w stronę kontuaru, by na razie wymienić je na pieniądze. – I dlaczego chcesz ze mną zagrać?
             – Właśnie ograłaś trójkę starych wyżeraczy – zauważył spokojnie. – Naprawdę musisz pytać?
             – Skoro wiesz, że zwyciężyłam, powinieneś wiedzieć, że ciężko ze mną wygrać, a jednak chcesz spróbować.
            – Kto powiedział, że zależy mi na wygranej? – zaśmiał się i podrapał w tył głowy.
             – I nadal nie powiedziałeś, kim jesteś.
             – Worric, a ty?
             – Castris – odpowiedziała, patrząc na niego spod przymrużonych powiek.         W tamtej chwili zauważyła Zmroka. Stał nieopodal, ubrany w garnitur, tulił do siebie katanę. Wyglądał na azjatę. Był niski, krępej budowy, a ciemne oczy obserwowały ją spod czarnej grzywki. – On… – kiwnęła głową na Zaćmionego. – Jest z tobą?
             – To mój partner.
             – Życiowy?
             – Życiowy, ale nie w tym sensie, co myślisz. Pracujemy razem.
             – Normals i Zmrok? – zdziwiła się. – Macie tu jakieś zadanie?
             – Może… A ty?
             – Nie nazwałabym tego zadaniem. Raczej… jestem tu… Jakby dla rozrywki. Za trzy dni wyjeżdżam – oznajmiła spokojnie. – A dlaczego chcesz ze mną zagrać?
             – Potrzebuję wtopić się w tłum – wyszeptał Worric i uśmiechnął ciepło. – Ale zawsze lepiej zagrać z ładną dziewczyną, która może się niebawem władować w kłopoty, niż z jakimiś prykami.
             – Jakie kłopoty? – spytała Tris, marszcząc groźnie brwi.
             – Nie z naszej strony – padło w odpowiedzi. – Pracownicy kasyna mają cię na oku. Zbiłaś dziś niezłą fortunę. Takich jak ty nie wypuszczają zbyt chętnie.
             – To wiem.
             – Jeden z graczy był podstawiony przez kasyno. Muszą mieć kogoś, kto będzie ogrywał gości, którzy zostawiają tu fortuny, dzięki którym kasyno prosperuje.
             – A ja go ograłam – dokończyła za blondyna. – Cóż… To nie tak, że nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń.
             – Dlatego na razie zagraj ze mną, bo jeśli spróbujesz teraz opuścić kasyno, pójdą za tobą – powiedział cicho i pociągnął ją w stronę stolika. – Pogramy o małe stawki.
             – Słuchaj no – zawarczała, opierając ręce na biodrach. – Nie boję się ich. Muszę tu przetrwać tylko trzy dni i nigdy więcej mnie nie zobaczą.
             – Ale przez te trzy dni będą cię ścigać. W najlepszym wypadku odbiorą tylko pieniądze, ale…
            – Potrafię się bronić.
             – Rozumiem, że jesteś Zmrokiem. Myślisz, że oni nie mają takich w swoich szeregach?
             – I co? Wy mnie obronicie? – prychnęła rozbawiona i teraz skrzyżowała ręce na piersi. – On… – spojrzała na azjatę. – Silny jest?
             – Silny.
             – Jak bardzo?
             – Bardzo silny.
            – A/0? – zapytała z powątpiewaniem, a Worric wzruszył ramionami. – Cóż… Dziękuję za dobre chęci, ale zamiast mi pomóc, wplątaliście się niepotrzebnie w kłopoty. Poradziłabym sobie.
             I tak nie miała nic lepszego do roboty, więc zgodziła się jeszcze pograć. Trochę dziwnie się czuła, wiedząc, że obserwuje ich jego kumpel, ale nie wyglądało na to, by chciał się przyłączyć. Niemniej, cała ta zabawa była tylko odwlekaniem nieuniknionego, bo z nadejściem poranka, zamykano kasyno.
             – Nie wątpię, ale, po co psuć taką piękną noc?
             – Żeby była jasność – powiedziała, patrząc na niego podejrzliwie. – Wygrałam tą kasę i zamierzam swoją nagrodę odebrać. Nieważne czy teraz, czy za godzinę.
             – Na razie możemy tu i tak zostać. Kasyno otwarte jest do białego rana.

Tell 'em to turn it up till they can't no more

            I ranek w końcu nastał.
             – To co teraz, geniuszu? – zapytała, spoglądając na Worrica.
            – Idziemy na jakieś śniadanie – padło w odpowiedzi.
             – Ty… Jak ci na imię? – zapytała azjatę. – Jestem Castris.
             Wzruszył tylko ramionami.
             – To Nicolas.
             – A ty, co? Jego adwokat?
             – Nick jest głuchoniemy. Czasem tylko czyta z ruchu warg.
             – Czasem? – powtórzyła.
             – Zazwyczaj, ale czasami olewa, co do niego mówię, jak mu się coś niepodobna – westchnął blondyn.
             Zrobiła kilka gestów rękami i obaj spojrzeli na nią zaskoczeni.
             – No co? Uczyłam się trochę migowego. Uznałam, że jakoś musicie się chyba porozumiewać. Mniejsza z tym. Chodźmy.
             – To przyszykuj się na kłopoty, bo nie puszczą nas tak łatwo.
             – Przydałaby mi się jakaś broń – szepnęła. – Nie masz przypadkiem jakiegoś noża?
             – Nóż? Nie… Nie jest ci potrzebny, Nick ich spowolni.
            – Temu twojemu głucholcowi też nie ufam – syknęła, marszcząc brwi.
             – Będziesz musiała – roześmiał się Worric i pociągnął ją do punktu wymiany żetonów.
            Postawiła na ladzie szkatułkę, której równowartość była… Duża. W chuj duża, sądząc po minie pracownika.
             – Nie chce pani jeszcze zostać? – zapytał uprzejmie.
             – Nie, jestem już zmęczona – powiedziała, ziewając ostentacyjnie. – Wygrałam te pieniądze i chcę je otrzymać.
             – Spokojnie – jęknął Worric.
             – A może chce pani wykupić kartę VIP?
             – A może chcesz w ryj? – warknęła rozeźlona. – Czy wyrażam się niejasno? Poproszę. Swoją. Nagrodę.
             – Oczywiście...
             – Pogarszasz tylko sprawę – zauważył z wyrzutem Worric.
             – Trzeba było dać mi broń.

Let's get this thing shaking like a disco ball

            Po chwili pracownik kasyna przyniósł walizkę z pieniędzmi. Otworzył, by pokazać, że zawartość się zgadza, a po chwili zamknął. Chwyciła ją i jakby nigdy nic ruszyła do wyjścia. Normals i Zmrok podążyli za nią. Zresztą doskonale wiedziała, że nie tylko oni. Wciągnęła ich w boczną alejkę.  Walizkę schowała za kontener, żeby jakaś łajza jej tego nie zwinęła w czasie walki.
            Rozejrzała się do koła. Potrzebowała jakiejś broni. Znaczy… Nie potrzebowała, ale nie lubiła skręcać karków. Wolała używać noża, którego – cholera jasna – teraz nie miała. Uderzyła nogą w balustradę, by wyłamać pręt. Nie udało się. Niezadowolona spojrzała na Zmroka i zamigała „daj mi na chwilę swój miecz”.
            Pokiwał przecząco głową i machnął ręką, dając do zrozumienia, że ma się odsunąć. Zrobiła to. A on wyciągnąwszy katanę, uderzył w balustradę. Po chwili wręczył jej pręt, a ona uśmiechnęła się złowieszczo.
            Niemal w tej samej chwili otoczyło ich kilku gości, ale nic nie wskazywało na to, by wśród nich byli Zaćmieni. Ruszyła, więc jako pierwsza, udając, że szarżuje od frontu. W ostatniej chwili skoczyła w bok, a w następnej była już za napastnikiem. Zamachnęła się swoją prowizoryczną bronią. Krew trysnęła, a on padł trupem.
            Kolejnego potraktowała podobnie, w tym czasie duet frajerów załatwił resztę. Z wyjątkiem jednego, który najwyraźniej miał tyle rozumu w głowie, by nie rzucać się na nich bezmyślnie.

This is your last warning and courtesy call

            Próbował uciec, ale przytrzymała go, nogą przyciskając do ziemi. Facet był przerażony, co obserwowała z uśmiechem na ustach. Chwyciła go za brudną od ziemi, niegdyś białą, koszulę i pociągnęła w górę, by spojrzeć mu prosto w oczy.
             – Radzę, nie leźć za nami, bo na siniakach się nie skończy – zagroziła, nic nie robiąc sobie z tego, że Worric i Nickolas patrzą na nią oniemiali. Puściła go wreszcie, więc rzucił się do ucieczki. Zdążyła jeszcze kopnąć go w tyłek z glana. – No, co?
             – Ty…
             – Jestem Zmrokiem, tak – powiedziała, domyślając się, o co chodzi. – I to silnym.
             – Nick? – Worric spojrzał na niego znacząco, a ten tylko wzruszył ramionami.
             – Nie dał ci znać, że jestem silna? – roześmiała się i uniosła rękę, na której widniała bransoletka z nieśmiertelników. Były na nich serca, ot zwykłe podróbki, ale jeden… Jeden był prawdziwy. – Widzisz to? A4 – oznajmiła z dumą.
             Arcaneglo zdawał się być bardzo zaskoczony. Tylko Brown zmarszczył brwi, jakby coś mu nie pasowało. Nic jednak nie powiedział.
             – No, to ten tego – mruknęła. – Miło było, ale się skończyło. Trzymajcie się, chłopaki.
            Zamierzała już odejść, z pieniędzmi rzecz jasna, ale głuchy zagrodził jej drogę.
             – Chyba tak nie uciekniesz, co? – zapytał Worric. – Postawiłabyś nam, chociaż jakieś śniadanie.
            Skinęła głową i razem ruszyli w stronę głównej ulicy, gdzie znajdowały się różne knajpy. Ale nigdy tam nie dotarła, znikając w cieniu przy najbliższej okazji.

Heyo (heyo)

             Ale dlaczego właściwie chciała dołączyć do Demonsów? Wszystko zaczęło się od upadku Północnej Bramy. Wreszcie była wolna. Wreszcie mogła wszystko. Nie było ograniczeń, nakazów, zakazów. Mogła robić, co chciała. Mogła iść, gdzie chciała.
             Ale ona nie miała już, dokąd pójść. Nie miała już celu. Wcześniej… Wcześniej naprawdę wierzyła, że jej marzenia się spełnią. Dopóki Vincent żył, była pewna, że wszystko się ułoży. Mieli zamieszkać gdzieś razem, miała otworzyć klinikę. Lubiła tą wizję, ale teraz wszystko wydawało się bezsensowne.
            Wcześniej tego nie rozumiała. Nie była pewna, co łączy ją z Vincentem. Teraz, gdy odszedł, wiedziała, że to była jej pierwsza miłość, którą utraciła bezpowrotnie. Oczywiście, mogła samodzielnie spełnić swoje marzenie, wspominając, jakie piękne mieli plany. Ale nie umiała się przemóc.
            Pewnie znalazłaby robotę. Było kilka osób zainteresowanych jej zdolnościami, jej siłą. Ale nie wyobrażała sobie siebie w roli ochroniarza dla jakiejś szumowiny. Wtedy usłyszała o nim. Pojawił się znikąd. Nie był Zmrokiem. Podobno był Normalsem. Choć z wyglądu bliżej mu było do diabła.
            Nie widziała go. Słyszała tylko plotki. Podobno miał czerwone włosy i żółte, pełne jadu spojrzenie. Jak demon. Diabeł. Mieszkaniec piekieł. Słyszała nawet, jakoby z głowy wyrastały mu prawdziwe rogi, choć nie wiedziała na ile wierzyć w te pogłoski.
            Co było pewne? Był bardzo silny, okrutny. Nie znał litości. I właśnie formował grupę zabójców, którzy niebawem mogli zagrozić Destroyersom. Tego właśnie szukała. Przygody. Ryzyka. Kogoś godnego, by użyczyła mu swej siły. Kogoś, kto pomoże jej zemścić się na Destroyersach za śmierć Vincenta. Chciała zostać członkiem Demonsów, bo tak miała nazywać się grupa.
            Ale łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Raczej nie mogła zapukać do ich siedziby, powiedzieć ‘hej, przyjmiecie mnie do siebie?’. Oczywiście była szansa, że Bel zainteresuje się Szkarłatną, choćby ze względu na przydomek. W końcu w północnej części kraju jej imię było dość znane. Ale wolała pomóc przeznaczeniu. Zaczęła zbierać informacje, aż w końcu udało jej się dotrzeć do miasta, w którym miał przebywać.

Here comes the danger up in this club

            Wchodzę do baru. Podrzędnej speluny. Jest tam. Od razu go rozpoznaję. Ten nieludzki wygląd, diabelskie oblicze. A więc plotki są jak najbardziej prawdziwe. Bel jest posłańcem piekieł. Brakuje mu tylko rogów. Jest silny. Czuję to. Napawam się potęgą, która bije od niego. Budzi respekt. Dawno tak się nie czułam.
Ale ja też jestem silna. Jestem Zmrokiem. Jestem…
             – Szkarłatna – słyszę i otwieram szerzej oczy ze zdziwienia. – Szkarłatna Tris.
             Nawet nie patrzy w jej stronę, a jednak zauważył moją obecność i rozpoznał?
             – Widzę, że moja sława mnie wyprzedza – mruczę, uśmiechając się zadziornie.
             – Dobrze wiem, że zaczęłaś węszyć. Pytanie: dlaczego? Jesteś tak głupia, żeby próbować zniszczyć tworzącą się na zgliszczach twojego terytorium grupę, czy na tyle zdesperowana, by szukać miejsca w naszych szeregach?
             – Raczej znudzona – oznajmiam beznamiętnie. – Usłyszałam, że formuje się w okolicy silna opozycja dla Destroyersów – Machnąwszy ręką na barmana, jakby nigdy nic siadam obok Bela. – Akurat szukam etatu – dodaję nieco rozbawiona.
             – Czyli jednak zdesperowana.
             – Mogę sobie iść – stwierdzam beznamiętnie, wcale nie czuję się urażona. – Znajdę sobie inne zajęcie. Ludzie dużo by dali, żebym dla nich pracowała.
            Wstaję.
             – Nie powiedziałem, że cię nie chce w Demonsach.
             – Nie powiedziałeś też, że chcesz.
             – Bo nie jesteś cierpliwa.
             – A ty jesteś? – prycham rozbawiona. – Oboje chcemy od życia tego co najlepsze. Jesteśmy zachłanni i zagarniamy garściami to co dobre.
             – Ale Demonsi nie są dobrzy z natury.
             – Ja też nie. Jestem Zmrokiem. Maszyną do zabijania. I lubię to, co robię. W końcu jestem Szkarłatną Tris, a ty Demonem lub Czerwonym Diabłem.
             – Tak mnie nazywają?
             – Tak się ciebie boją.
             – Zabawna jesteś – stwierdza, a ja wzruszam ramionami. – Zapraszam – powiedział.
            I w ten oto sposób miałam zostać członkiem Demonsów. Wcześniej jednak musiałam zdać ten pieprzony test dla jego uciechy.

piątek, 2 czerwca 2017

Cz 3. Demon #Player



Heyo

            Osiem monet. Osiem nędznych monet. To wszystko, co mam przy sobie. Nie pozwolili mi zabrać ze sobą nic poza tym. Do wyboru miałam jeszcze różową szminkę lub jakąś wizytówkę. Wybrałam pieniądze. Nędzne pieniądze, ale jeśli umiało się je wykorzystać w odpowiedni sposób…
             Wszystko inne kazali mi zostawić. Moje sztylety, nieśmiertelniki, a nawet pieprzoną paczkę chusteczek higienicznych. Ale zawsze mogło być gorzej… Mogli mi zabrać także ubrania. Tego na szczęście nie zrobili. Nie to było ich celem. A może uznali, że są skąpe same w sobie?
             Wylądowałam z hukiem na środku ulicy obcego miasta z pustymi kieszeniami. I mam tam przeżyć trzy pieprzone dni. Warto wspomnieć, że te osiem monet to była maksymalnie nędzna kawa i stary rogalik, jeśli chodzi o wartość. Ale nie jest to kara, tylko test. I muszę go przejść jak najlepiej, jeśli chcę zostać pełnoprawnym członkiem Demonsów.
             Podobno każdy z nich musiał to zrobić, ale szczerze mówiąc nie bardzo w to uwierzyłam. Nie podali mi żadnych przykładów, nie opowiedzieli nic. Przez cały czas odzywał się tylko Bel, a oni jedynie kiwali potakująco głowami. Banda psycholi ślepo zapatrzonych w diabła.
             Ale po prawdzie… Niebawem mam zostać jedną z nich, więc chyba nie powinnam ich tak nazywać… Tylko czy to ma jakieś znaczenie? Jakiekolwiek? Najmniejsze chociażby? Wysoce wątpliwe... Zwłaszcza w mojej obecnej sytuacji.
             Tym bardziej, że zostawiając swoje nieśmiertelniki za sobą, złamałam jedną z najbardziej podstawowych zasad Północnej Bramy. Moje nieśmiertelniki były moją tożsamością, dowodem mojego istnienia. A ja po prostu je zostawiłam. Nie protestowałam ani chwili. Wiedziałam, że to nie ma sensu, skoro chcę zostać jedną z nich, więc oczywiście, że nie cofnę się przed niczym. Teraz po upadku Północnej Bramy to moja jedyna szansa na przetrwanie.
             Ale tak odnośnie przetrwania, to ten… Co to właściwie jest, do cholery, za miasto? Niczym nie wyróżniało się spośród dziesiątek innych, jakie zwiedziłam podczas swoich sześciu lat służby. Diabeł raczy wiedzieć, gdzie jestem. I najgorzej, że dosłownie. Bo Bel zdaje się być istnym wcieleniem władcy piekieł. Nawet kudły ma czerwone, a ze łba wystają mu rogi. Właśnie, dlatego jego człowieczeństwo jest bardzo niepewną sprawą.
             Znowu zboczyłam z tematu. Zboczyłam… Hehe… Nie jest jeszcze tak źle. Przynajmniej nie zaczęłam gadać do siebie na głos, a przecież mogło się zdarzyć. Nie wróżyłoby to jednak za dobrze mojej trzydniowej karierze na tym wypiździejewie.
             Rozglądam się dokoła. Muszę poznać swoje położenie. Ocenić sytuację i… Nie ma, co oceniać. Jestem w czarnej dupie. Bardzo, bardzo czarnej… Z wolna ruszam przed siebie. Nieeee, to nie tak, że nie mam żadnego planu. Mam plan. Tylko nie wiem, czy on w ogóle wypali. Wszystko zależy od szczęścia, a to ostatnimi czasy nie było po mojej stronie.
             Dzielnica, w której się znajduję, nie wyglądała za ciekawie. W ślepych zaułkach czekają prostytutki, choroby weneryczne lub śmierć. Niejednokrotnie, wszystko razem. Odruchowo sięgam ręką po sztylet i krzywię się, przypominając sobie, że go przecież nie mam. Uzbrojona czułabym się trochę bezpieczniej.
             Z drugiej strony ich brak wcale nie oznacza, że ja jestem mniej niebezpieczna. Nie mam jednak wrogich zamiarów wobec tego miasta. Trzy dni to nie dużo. Pewnie dałabym radę przeżyć nawet, gdybym zwyczajnie usiadła na ulicy i czekała. Ale w ten sposób na pewno nie zaskarbię sobie sympatii Demonsów.
             Trzeba się postarać. Pewnie mogłabym po prostu kogoś zabić i zabrać jego pieniądze oraz dokumenty. Albo w ogóle okraść. Po co przecież od razu zabijać? Nawet, jeśli Zaćmieni właśnie po to istnieli.
             Postanawiam pójść do jakiejś speluny i zapytać o kasyno lub inne miejsce, w którym można szybko zbić fortunę lub stracić wszystko. Eureka! W okolicy jest coś takiego i to właśnie tam kieruję swoje kroki, pogwizdując radośnie.

Here comes the danger up in this club

            Przykuwam uwagę. To na pewno. Do kasyna powinnam raczej przyjść w sukni wieczorowej, a nie szortach… Ale teraz jest już za późno na takie drobiazgi. Gorzej, że za osiem nędznych monet nie mogę dostać żetonów. Muszę to rozegrać inaczej.
             Jakby nigdy nic staję koło baru, opierając się plecami o blat i obserwuję. Szukam odpowiedniego celu. Musi być podpity, najlepiej sam i w miarę przy kasie. Ale takich było tu od groma. Zdolni postawić cały majątek, jeśli umiało się ich odpowiednio… Przekonać. Wystarczyła tylko dobra „argumentacja”.
             – Podać coś? – słyszę i rzucam przelotne spojrzenie barmanowi.
             – Nie, dzięki. Może… Za chwilę – odpowiadam spokojnie i niespiesznie zwlekam się z krzesła.
            Wybrałam już swój cel. Kręcę się w pobliżu, aż w końcu podbijam do stołu.
             – No hej – mówi brunet, który zostanie tego wieczora moją sunią.
             Nie podoba mi się jego spojrzenie…
             – No hej – powtarzam, uśmiechając się zalotnie. – Jestem Castris, a ty?
             – Joseph, ale Jose wystarczy.
             – Jose, chcesz ze mną zagrać? – pytam słodziutkim głosem.
            – Chętnie się z tobą zabawię.
             – Powiedziałam: zagrać – mruczę przez zaciśnięte zęby, marszcząc groźnie brwi. – To nie musi być duża kwota. Stówka wystarczy.
             – Masz tyle? – Jose patrzy na mnie, a na jego usta wpełza grymas.
            – Nie – śmieję się, kładąc na stół swoje jedyne pieniądze. – Stawiam na szali to i swoje nędzne życie.
             – Nie musisz mi płacić, żeby mieć to – teraz to Joseph się śmieje, wskazując rękami na owłosiony tors, jak na najlepszy towar tego stulecia. – Możesz to mieć za darmo. A stówę dorzucę w gratisie.
             – Nalegam.
             – Ja też.
             – Jeśli nie chcesz, pójdę zapytać kogoś innego.
             – Chcesz zarobić – stwierdził Jose. – Rozumiem. W takim razie ile chcesz? Dwieście?
             – Chcę zagrać – syczę wściekle, ale szybko się opanowuję.
            Opieram dłonie o stół i nachyliłam się zalotnie, wypinając nieco cycki do przodu. Patrzę Jose głęboko w oczy i oblizuję usta. Dobrze, że nie wybrałam szminki. Nie są smaczne.
             – Dobra, zagramy – pada wreszcie to, co chcę usłyszeć. – Ale jeśli…
             – Jeśli przegram, masz pieniądze i mnie. Zrobisz ze mną, co zechcesz. Ale najpierw wygraj.
             Tacy jak on nigdy nie pytają, gdzie jest tak zwany haczyk. Może wydawało mu się, że jest panem świata i wszystko mu się należy. Po prostu musiało się udać. Ale to nie tak, że zamierzałam bezczynnie czekać na wynik gry. Wierzyłam, że szczęściu należy czasem dopomóc. Wziąć to, czego ten parszywy świat nie chce oddać nam sam. A tułając się, nim poznałam Bela, nauczyłam się kilku świetnych trików.
             Miałam zresztą przygotowany plan B. Zawsze trzeba mieć plan B. Nawet jeśli niezbyt ambitny. Gdyby sytuacja zmusiła mnie do tego, zaciągnęłabym Jose w jakąś mroczną uliczkę i skręciła mu kark. Nie byłam przecież prostytutką! Byłam Zaćmioną. Byłam ludzką bronią…
             Co prawda zawsze mogło pójść źle coś jeszcze. Wątpiłam, że w tym mieście nie ma takich jak ja. A oni nie lubili, gdy naruszało się ich rewir. Wtedy przydałby mi się Celebrer. Tak na wypadek kłopotów… Ale nigdy nie przepadałam za tym świństwem. Toteż pudełko tabletek zostawiłam za sobą bez żalu. Tęskniłam jedynie za sztyletami. Też mogłyby się przydać.

When we get started man we ain't gonna stop

             – Gotowa? – głos Jose wyrwał ją z zamyślenia.
             – Oczywiście.
            – Kolor? – zapytał. – Pozwolę ci wybrać.
             – Czerwony – zaśmiała się radośnie. – To jedyny odpowiedni dla mnie kolor.
             – Tak. Zajebiście będziesz wyglądała w kusej, czerwonej kiecce, którą potem z ciebie zedrę.
             – Kręć – przerwała mu, wywracając oczami.
            Przecież nie zamierzała pozwolić mu wygrać. Ruletka poszła w ruch. W napięciu obserwowała podskakującą kuleczkę. Czerwone, czarne, czerwone… Czarne… Czerwone… Czerwone. Nie musiała nawet oszukiwać. Fortuna tego dnia była po jej stronie.
             Ze złośliwym uśmiechem wyciągnęła dłoń po nagrodę.
             – No chyba sobie kpisz – warknął Joseph. – Oszukiwałaś.
             – Ktoś tu… Nie umie przegrywać – zauważyła, nie kryjąc niezadowolenia. – Przegrałeś. Dawaj pieniądze.
            – Oszukiwałaś.
             – Jose – mruknęła, uśmiechając się słodko. – Może ci to jakoś wynagrodzę? – zaproponowała, podchodząc bliżej. Powoli przesunęła dłońmi po kudłatym torsie, niemal uwieszając mu się na szyi, a wsunąwszy kolano pomiędzy jego uda i wyszeptała: – Dawaj kasę albo czeka cię bardzo bolesna kastracja.
            – Co? – zapytał Jose i szarpnął się lekko, sądząc, że tak oswobodzi się z objęć.
             – Nigdy nie próbuj zadzierać z Zaćmionymi.
             – Ty… – wycharczał, ale wyczuwała w tym swoją ulubioną nutę strachu.
             – Słyszałeś kiedyś o Szkarłatnej Tris? – ciągnęła dalej. – Chyba zapomniałam o tym wspomnieć…
            Wyrwał się rozpaczliwie. Poczerwieniał na twarzy, a potem posiniał. Drżącą ręką wyciągnął jakieś banknoty, po czym rzucił je na stół i wyszedł pospiesznie z kasyna. Dobrze było wiedzieć, że jej imię wciąż budzi grozę, nawet po upadku Północnej Bramy.
            Zabrała pieniądze i uśmiechnęła się pod nosem. Dał dwa razy tyle. Na początek wystarczy. Z wolna ruszyła w stronę kontuaru i znaczną część wymieniła na żetony. Potem zamówiła sobie w barze kolorowego drinka i rozejrzała się po sali.
             Najchętniej pograłaby jeszcze w ruletkę, ale nikt nie wyglądał na zainteresowanego. Musiała podczepić się gdzieś indziej. Poker nie był zbyt emocjonujący, ale łatwo w nim oszukiwać.

We gonna turn it up till it gets too hot

            – Mogę się przyłączyć, panowie? – zapytała Tris, stawiając żetony na środku stolika. – Stawiam wszystko. Co wy na to?
             I tak prawie całą noc spędziła grając w pokera. I wygrywając. Stosy żetonów piętrzyły się coraz wyżej i wyżej. O tak. To była jej noc. Jej chwila sławy. Wiedziała, że konsekwencje tej zabawy mogą być przykre, a miała przed sobą jeszcze trzy dni w tym mieście. To nie mogło jej jednak powstrzymać.
             Zabawa skończyła się, gdy przeciwnicy rzucili karty na stół, oskubani z całego hajsu i bluzgając wniebogłosy, odeszli. Nie potrafili się pogodzić ze swoją porażką. Nie potrafili przyjąć ze spokojem, że ograła ich dziewczyna. Nawet nie kobieta. Tris była wciąż nastolatką. Niepozorną i drobną.
             Wiedziała, że jej imię jest znane w całym kraju. Po śmierci Vincenta, jeszcze zanim Północna Brama upadła, była jedną z najsilniejszych. O ile nie najsilniejsza faktycznie. Wszyscy obawiali się Szkarłatnej Tris. Ale najbardziej przerażała ich nie krwawa historia, lecz to, że nikt nie wiedział jak wygląda.
            Lubiła chodzić ulicami, przysłuchując się plotkom. Podobno Szkarłatna była wysoką kobietą o masywnych udach, długich blond włosach i czerwonych oczach – jak wampir. Najpewniej koło trzydziestki. Z tego tylko kolor włosów się zgadzał, aona była tylko niepozorną nastolatką. Nie powinni jej nawet wpuszczać do kasyna, ale taki właśnie był ten parszywy świat.

Współtwórcy